Nieuchronnie wielkimi krokami idzie zima, w zasadzie, gdyby nie ulewny deszcz, śnieg utrzymał by się może już do świąt. Przynajmniej obok w lesie, tam gdzie mieszkam. Dni są pochmurne i ciemne, ustawowo krótkie. W zasadzie człowiek po ciemku z domu wychodzi i po ciemku wraca. Jestem tym strasznie rozbita, brak mi poczucia czasu. Ciągle wydaje mi się, że już jest późno. Szkoda mi mojego syna, że już nawet nie ma kiedy wyjść na podwórko. To dziwne czasy, w których przyszło nam żyć. Dzieci są tak gonione do pracy od przedszkola, że od maleńkiego próbuje zrobić się z nich dorosłych. Rodzice są zmuszeni zostawiać kilkutygodniowe niemowlaki z nianią, kilkumiesięczne w żłobkach i przedszkolach. Dzieciaki nie mają spokoju, wstają rano i wszystko od dzień dobry biegiem, wszystko na czas. Wszystkie placówki muszą dziś sprostać zadaniom wykształcić na alfy i omegi, zrobić z dzieci gwiazdy, przechować, gdy rodzice pracują, przygotować do życia, przynajmniej na papierze. Bo niestety realia już takie nie są. Te biedne małe główki napycha się pierdołami. Jakby każdą taką pierdołę można było zważyć i zmierzyć, to kilkadziesiąt razy przekraczała by wymiary dziecka. Potem w życiu dziecko czy wykorzysta z tego jakiś procent to się dopiero okaże. Najgorsze jest to, że te dzieci są tak przeładowane obowiązkami. Chodzą na 8 do szkoły, często siedzą w niej aż do 17 do momentu, kiedy któreś z rodziców może już się zerwać z pracy. Do domu przeważnie nie jadą od razu, a zaczyna się gonitwa po wszystkich zajęciach wyrównawczych, tańcach, językach obcych itp. Dzieci wracają późno, o wiele za późno. Nie mają już siły na nic. W progu domu czy mieszkania padają na twarz, a zabawa w zasadzie dopiero się zaczyna. No przecież dla systemu to mało. Teraz czas siadać do lekcji przynajmniej na kilka godzin. Dodatkowo, aby dzieciom i rodzicom nie było nudno to kilka kartkóweczek i sprawdzianów zapowiadanych z dnia na dzień, albo i wcale umilą na pewno każdą noc. Przecież do rana daleko. Do czego to prowadzi? No chyba do niczego dobrego. Dziś słuchałam o tym jak żalą się siódmoklasiści, że mają tyle nauki, że nie obrabiają tego wszystkiego. Jednak to nie jest tylko zjawisko starszych klas. Jak widzę, jak mój syn, który jest w pierwszej klasie jest codziennie przeorany, to mi się płakać chce. A system dociska coraz bardziej. Ciągle chcą więcej, szybciej, bardziej efektywnie. Potem się dziwią, że ludzie po dwadzieścia kilka lat mają zawały i udary, albo wyczerpane nadnercza.

Edyta Tyborowska-Szymala